Siły natury

santa cruz curacaNasz postój w Santa Cruz, przez całe osiem tygodni, był mega spokojny. Nie przypuszczaliśmy, że może nam tam coś grozić. Do tego prognoza pogody też nic nie zapowiadała. Morze jednak zaczęło alarmować o zmianie warunków już 24 godziny wcześniej. Przybrzeżna fala nocą stawała się lekko agresywna mimo nie przekraczającego w porywach 20 kn wiatru, w ciągu dnia krystaliczna i przejrzysta woda zrobiła się mętna. Wtedy jeszcze nie przyszło nam do głowy, że ta lekka zmiana warunków na wodzie może przynieść aż takie efekty.

Późnym wieczorem, kiedy po mału myśleliśmy o układaniu się do snu, wchodzące w zatokę martwe fale zaczęły rosnać w siłę i wprowadzać jacht w dość intensywne i nieprzyjemne kołysanie. Indra tańczyła na fali tak, że wszystkie niezabezpieczone rzeczy pod pokładem zmieniały miejsce, a książki spadały z półek. Łukasz wyszedł z propozycją, że wskoczy do wody i sprawdzi czy kotwica dobrze nas trzyma. Przeraził mnie ten pomysł, gdyż tyle co wróciłam z kokpitu i widziałam jakie morze stawało się wzburzone. Po chwili ostrej dyskusji na temat szalonego pomysłu, sytuacja na wodzie przybrała już taki obrót, że jedyne co mogliśmy w tym momencie zrobić to w sekundzie przygotować jacht do opuszczenia zatoki.
Natychmiastowa ewakuacja z Santa Cruz odbyłaby się gładko i bez większych emocji, gdyby nie pomoc, której udzieliliśmy zaprzyjaźnionemu właścicielowi domu przy plaży w Santa Cruz. Kiedy fala urosła na tyle, że trzymanie 10-cio metrowej motorówki na bojce cumowniczej groziło jej zerwaniem, Junie wypłynął Antonellą z zatoki na otwartą wodę, aby ratować ją przed zniszczeniem. Byliśmy w trakcie szykowania Indry do podniesienia kotwicy, kiedy usłyszeliśmy w radiu wołanie o pomoc. Cuma od mniejszej, 5-cio metrowej łodzi, którą Junie ciągnął za sobą, wkręcila się w śrubę i zadławiła silnik. Panicznie wołał o pomoc, bo znosiło go na skały. Po chwili zrzucił kotwicę na 30-tu metrach głębokości i próbował uwolnić cumę ze śruby. Jedyne co mógł zrobić w tych warunkach to odciąć linę i pozwolić mniejszej łódce odpłynąć na fali. Kiedy dotarliśmy do niego, silnik Antonelli znów pracował, ale ręczne wyciągnięcie kotwicy w takich warunkach nie było łatwe (Antonella nie jest wyposażona w windę kotwiczną). Poprosił nas o pomoc w uratowaniu łódki zanim rozbije się na skałach, a sam dalej walczył z kotwicą. Obie łódki są dla Juniego ogromnie ważne, gdyż pracują na jego utrzymanie. Codziennie wozi nimi turystów na różne wodne atrakcje po okolicy.
Łódka dryfowała nieopodal klifów. Podpłyneliśmy do niej i zaczęliśmy tworzyć plan najskuteczniejszego podejścia. Łódź wykonana jest z tworzywa sztucznego, dlatego też obawialiśmy się, że podchodzenie do niej za blisko, szczególnie przy tak rozszalałej fali, mogłoby uszkodzić kadłub Indry.
Morze było nie ugięte. Łukasz wskoczył do naszego pontonu, który zaknagowany był na rufie na 6-cio metrowej cumie, a ja ćwiczyłam „podchodzenie do tonącego”. W jednej ręce trzymałam szperacz, który nie spuszczał łódki z oka, drugą ręką sterowalam Indrą walcząc z silną falą. Zataczając i zacieśniając okrąg, po kilku rundach, znalaźliśmy się przy dryfującej łódce wystarczająco blisko, aby Łukasz mógł swobodnie do niej wskoczyć.
Cała przygoda z rozgniewanym morzem na tym się nie kończyła. Następnie przyszło nam odstawić wyratowaną łódkę na brzeg, gdyż Junie nadal walczył z podniesieniem kotwicy. Sprawdziliśmy czy ma wszystko pod kontrolą i ruszyliśmy w kierunku brzegu.
Fale w zatoce szalały jeszcze intensywniej. Oświetlony brzeg plaży zdradzał stan rozgniewania morza. Fale wyrzucały na brzeg pływające pomosty, ponton leżący na jednym z nich wirował w powietrzu, woda rozbryzgiwała się na klifach na wysokość pięciu metrów. Widok był naprawdę spektakularny, ale też mega przerażający.
Junie zaproponował, aby Łukasz podpłynął pod dom i poprosił jego żonę, aby odwiozła go na pokład Indry. Yuri widząc nadpływającego Łukasza wyszła przed dom i w tym momencie zobaczyła jak jedna z fal załamuje się na dziobie motorówki i wypełnia ją w połowie wodą. Była trochę przerażona koncepcją wciągnięcia jej do akcji. Łukasz również nie był przekonany co do słuszności pomysłu, więc sam wrócił na Indrę, by dodatkowo zabrać ze sobą na brzeg nasz ponton. Sprawne przekazanie pontonu nie było proste. Fale szarpały cumą pontonu i odknagowanie go sprawiało mi sporo bólu, do tego zaczęło mnie znosić na płyciznę. Byłam już na 2,3 metrach głębokości bardzo blisko skał (Indra ma 1,8 metra zanurzenia). W ostatniej sekundzie uwolniłam ponton i wypłynęłam z płytkiej wody.
Po dłuższej chwili dosłownego serfowania na załamującej się przybrzeżnej fali, Łukasz w końcu wprowadził bezpiecznie i w całości łódkę do laguny.
W tym czasie Juniemu udało się wyciągnąć kotwicę i zmierzał w kierunku brzegu. Antonella z gracją wpłynęła do laguny na jednym ślizgu i wylądowała dziobem na plaży. Junie przywiazał ją do pobliskiego drzewa z nadzieją, że do rana będzie tam bezpieczna.
Woda w lagunie okazala się być dość spokojna dzięki płyciznom, które tam są. Miejscami głębokość sięga zaledwie 30-tu centymetrów.
Łukasz, po zabezpieczeniu motorówki, ruszył pontonem w moim kierunku.
Czekałam na Niego w zatoce. Nie chciałam oddalać się za bardzo w morze, aby miał krótszą drogę powrotną. To jednak sprawiło, że przyszło mi zmagać się z olbrzymią falą, która podrywała dziób Indry wysoko nad wodę i z impetem na nią opadała. Moje emocje sięgały zenitu. Nie wiedziałam czy Łukasz jest bezpieczny, do tego zostałam zupełnie sama na pokładzie i byłam zdana tylko na siebie. Na całe szczęście wszystko przebiegło pomyślnie i już po chwili wspólnie opuściliśmy niebezpieczne wody zatoki.
O drugiej nad ranem, po trzech godzinach intensywnych wrażeń, skontaktowaliśmy się ze strażą graniczną w celu pozyskania aktualnej prognozy pogody. Zapowiadane wiatry nie miały przekraczać 17 kn, fala 1-go metra, tak więc postanowiliśmy od razu ruszyć w kierunku leżącej w południowej części wyspy laguny Spanish Water. Po kilku milach, w miejscu gdzie linia brzegowa zagina się z zachodniej na południowo-zachodnią, morze zaczęło się wypłaszczać.
Z Santa Cruz do Spanish Water jest zaledwie 26 mil, ale płyneliśmy pod wiatr, tak więc czekała nas długa przeprawa i wiele halsów. W sumie płynęliśmy 13-cie godzin.
Po dotarciu na miejsce, zjedzeniu ciepłego posiłku i ogarnięciu chaosu pod pokłądem udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Spanish Water jest bardzo zorganizowanym miejscem z wyznaczonymi sektorami, w których można kotwiczyć i zawsze wypakowane jest po brzegi jachtami. To jest zdecydowanie jego minusem, ale osłonięte jest od morza górami i sporym pasem lądu co sprawia, że jest najspokojniejszym kotwicowiskiem na wyspie i prawdopodobnie najlepszym miejscem na przeczekanie okresu huraganowego na Karaibach. Zwykle omijamy takie miejsca wielkim łukiem, gdyż wolimy być blisko natury wolnej od nakazów i tłoku. Tym razem jednak nie wyszło i wszystko wskazuje na to, że do grudnia przyjdzie nam tu pozostać.

Odcinek XXVI: Kotwiczymy kilka tygodni w Santa Crus na Curacao

Na Atlantyku rozpoczął się okres huraganowy, więc znajdujemy sobie bezpieczne miejsce na zahaczenie gniazdka na dłuższy czas. Przypadkiem lądujemy w sąsiedztwie kapitana Good Life. W ramach współpracy sąsiedzkiej udaje nam się wspólnie zamknąć nasze ważne projekty remontowo-konstrukcyjne. Ahoj!

Mushroom Forest – Curacao

Od ponad miesiąca zakotwiczeni jesteśmy w zatoczce Santa Cruz, które okazuje się być idealnym miejscem na dłuższy postój. Przez większość czasu całą zatokę mamy tylko dla siebie. Rzadko kiedy jakiś jacht zapłynie w te strony, a jak zawita to przeważnie tylko na jedną noc. Zaprzyjaźniliśmy się z sympatyczną rodziną, która mieszka przy plaży i na terenie swojej posiadłości prowadzi restaurację oraz małe centrum sportu wodnego. Czasami rozpieszczą nas pysznym obiadem, czasami świeżo złowionym tuńczykiem, a raz w tygodniu zabierają ze sobą do supermarketu, co jest dla nas dużą pomocą, gdyż w obrębie 15 kilometrów nie ma żadnego, większego sklepu.

Santa Cruz i jej okolice, poza rajskim, dziewiczym klimatem, kryją w sobie sporo ciekawych, podwodnych perełek. Każdego dnia odkrywamy coś nowego. Ostatnio mieliśmy okazję eksplorować Mushroom Forest (las grzybów), który jest ponoć najciekawszą i najczęściej odwiedzaną podwodną atrakcją na Curacao. Nazwa pochodzi od uformowanego wertykalnie, w kształt grzybów, gwieździstego korala. Tak ukształtowany koral znajduje się na głębokości od 10 do 20 metrów. Przejrzystość wody sięga tu 35 metrów, tak więc miejsce przyciąga również osoby nurkujące tylko z maską i rurką. Można tu spotkać sporo ciekawych gatunków ryb i korala. Klimat tego miejsca jest niesamowity, wciąga i przenosi w baśniowy klimat

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

Rekin wąsaty, spiący pod jednym z koralowych grzybów. 

nurse shark3blog

Mieliśmy wielkie szczęście zobaczyć rzadkie zjawisko, które trwa od późnego popołudnia do rana jedynie dwa dni w roku. Ten widok przypominający dymiący komin to gąbka wypuszczająca spermę, która unosi się niczym gęsta mgła do metra ponad dnem. Sperma trafiając na gąbkę tego samego gatunku zapładnia znajdujące się w niej jajeczka.

smokie22psblog

smokie10psblog

smokie6

Bogactwo korali, w sumie 57 gatunków, Curacao zawdzięcza specyficznemu kształtowi dna i typowi skały, który tworzy wyspę, jak również temperaturze wód 22 – 27 stopni Celsjusza na głębokości do 20 metrów, wysokiej i stałej zawartość soli i krystalicznej wodzie, która pozwala dużej ilości światła przedostać się na większe głębokości.

Nie tylko życie podwodne w tej części wyspy jest tak ciekawe, uwagę przyciągają również oryginalne klify. Wyspa utworzona została 87 milionów lat temu podczas dramatycznej erupcji wulkanu w okolicach Galapagos. Z upływem lat, kiedy płyty tektoniczne ziemi zaczęły się przesuwać i tworzyły się kontynenty, Curacao przemieszczone zostało w obecną część morza Karaibskiego. Ruch płyt powodował wypychanie morskiego dna i w wyniku kompresji miliardów szkieletów podwodnych stworzeń, zaczęły tworzyć się potężne fałdy skalne. Dziś przepiękne ornamenty z olbrzymich, skamieniałych korali urokliwie przyozdabiają brzeg wyspy.

DSC00246j

DSC00248blog

DSC00239blog2

DSC00260blog

 

Santa Cruz – Curacao

Nasz plan dotarcia na Bonaire nie wypalił.
Po przestudiowaniu locji w trasie, parę godzin przed celem, podjęliśmy decyzję płynięcia od razu na Curacao. Silnie nastawione na zarabianie pieniędzy i wyjątkowo chroniące środowisko Bonaire jest pełne zasad. Nigdzie nie można kotwiczyć. Postój jest możliwy tylko w kilku wyznaczonych miejscach na bojkach cumowniczych, a na noc wszystkie jachty muszą wracać pod stolicę Bonaire, Kralendijk. Znacząco ograniczona swoboda, za którą dodatkowo trzeba płacić 10 USD za dzień, kłóciła się z naszą życiową filozofią.

Curacao wraz z Arubą i Bonaire tworzy holenderską grupę wysp ABC, które wchodzą w skład Małych Antyli. Na pozór suche, pozbawione soczystej zieleni i skaliste tereny już po krótkim pobycie nabierają piękna i rozbudzają ochotę do głębszej eksploracji.
Od miesiąca zakotwiczeni jesteśmy w malowniczej zatoczce Santa Cruz leżącej dwie godziny żegługi na północ od stolicy Curacao, Willemstad. Na lądzie znajduje się publiczna plaża i dom zamieszkały przez jedną, sympatyczną rodzinkę, która prowadzi restaurację i centrum sportu wodnego. W tygodniu panuje tu totalna cisza i spokój, weekendy natomiast bywają gwarne i pełne tubylców. Rzadko kiedy zapływają tu jachty. Jeśli się jakiś pojawi to przeważnie tylko na jedną noc, tak więc w większości całą zatokę mamy tylko dla siebie. Okolica jest urocza, bogata w iguany, pelikany, papugi i piękne plaże. Brzegi są skaliste, woda czysta, lazurowa i bardzo ciepła – obecnie 32 stopnie celsjusza.

IMG_4105ps blog

IMG_4093ps blogNa Curacao jest jedynie pięć miejsc, w których żeglarze mogą się zatrzymać. Jedno z nich to marina, a pozostałe to kotwicowiska wymagające pozyskania pozwolenia na postój. W lagunie Spanish Water można zostać do dwóch miesięcy, w pozostałych miejscach tylko 3 dni. Pozwolenia można odnawiać, ale w tym celu należy udać się do kapitanatu portu w Willemstad. Kapitanat może wydać pozwolenie na dłuższy okres jeśli jacht jest unieruchomiony z powodu usterki lub jeśli załoga dostanie zaproszenie od mieszkańca zatoki. Nie warto ryzykować i zatrzymywać się gdziekolwiek bez pozowlenia na dłużej, gdyż wyspa bardzo często patrolowana jest przez straż przybrzeżną, z wody i z powietrza.
Santa Cruz okazała się być dla nas totalnym rajem, ponieważ nie ma tu największego złodzieja czasu – internetu. Dzięki temu większość dnia spędzamy przy książce, polowaniu na skrzydlice, eksperymentowaniu w kuchni i zwiedzaniu świata podwodnego. Jest tu kilka ciekawych perełek, które warto odwiedzić.
Poniżej kilka zdjęć z naszych ostatnich wypraw podwodnych.

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO