Rejs z Curacao na Haiti

DCIM103GOPRO

Okres huraganowy dobiegł końca, więc przyszedł czas na nas, aby opuścić Curacao i ruszyć w dalszą drogę. Na Curacao spędziliśmy trzy miesiące. Wiele się działo przez ten czas. Było relaksacyjnie i ekscytująco, kiedy walczyliśmy z siłami natury, nie obeszło się również bez intensywnych prac nad jachtem. Tym razem silnik pokładowy domagał się troski i wnikliwej uwagi. Dziś, po wymianie większości uszczelek, alternatowa i wyczyszczeniu głowicy oraz zaworów jest już szczęśliwy i pracuje bez zarzutów.

Chwilę po opuszczeniu Santa Cruz udało nam się złowić cztery, sporej wielkości tuńczyki. Rozpieszczaliśmy podniebienia surową i bardzo delikatną rybką, jak i w różnych innych gotowanych kombinacjach przez cały rejs.
Po tak długiej przerwie w pływaniu bardzo silnie odczuwaliśmy dyskomfort z faktu niestabilnej podłogi. Nie służą nam tak długie postoje. Ciało i umysł totalnie odwykły od bujania. Pogoda zapowiadała 15-20 kn, wiało natomiast 20-30 kn, tak więc Indra sunęła do celu jak szalona.

Jacmel blogPo trzydniowym rejsie (400 Nm) dotarliśmy na Haiti. Zatrzymaliśmy się w Jacmel, malowniczym miasteczku liczącym 26,000 mieszkańców. Jacmel przeszło silne trzesienie ziemi i tsunami w 2010 roku. Ślady klęski żywiołowej wciąż są widoczne w postaci ruin falochronu i w naruszonych konstrukcjach budynków.
Haiti jest najsłabiej rozwinętym krajem na morzu karaibskim. Po wygranej wojnie z Francuzami o niepodległość w 1804 roku, Haitańczycy dopiero 50 lat temu spłacili swój dług Francuzom.
Bieda na wyspie sprawiła, że większość łodzi rybackich wciąż napędzana jest wiatrem. Żagle zrobione są głównie z worków lub starych prześcieradeł. Nie możemy oderwać oczu jak i obiektywów od rybaków na morzu. Mamy nadzieję, że tradycja łodzi rybackich przetrwa tu na wieki.

sloop blog

Sto procent Haitańczyków wyznaje wschodnio-afrykańską kulturę voodoo. Podczas wojny z wojskiem Napoleona Haitańczycy wykorzystywali voodoo do wzbudzenia stachu w przeciwniku. Jeden ze współczesnych lokalnych celebrytow ewangelistów twierdzi, że ostatnie trzęsienie ziemi zostało zesłane przez Boga za zawarcie paktu z diabłem długie lata temu, podczas wojny z Francuzami. Tubylcy mówią, że dziś voodoo wykorzystują jedynie w pacyfistycznych celach. Każdy w domu ma ołtarzyk i modli się do duchów voodoo o zdrowie i dobrobyt.

Dopływając do Jacmel mieliśmy nadzieję na zorganizowanie wigilii w gronie żeglarzy. Niestety poza naszą Indrą, nie ma tu żadnego innego jachtu. Wszystko wskazuje na to, że całe święta spędzimy sami, ale Nowy Rok już w większym i wyszukanym, bo rodzinnym gronie. Natalia z Kubą, zachwyceni ostatnią wizytą na Karaibach, ponownie do nas przylatują. Za parę dni odbieramy ich z lotniska w Port-au-Prince i ruszamy w kierunku Ile-a-Vache.

Odcinek XXVII: Zenit żeglarstwa w lagunie Spanish Water na Curacao

Plastikowe, stalowe, siatkobetonowe, jedno i wielokabłubowe, kecze czy sloopy, stare czy młode… wszystkie jachty mają tę jedną cechę wspólną – potrzebują opieki i miłości.

Siły natury

santa cruz curacaNasz postój w Santa Cruz, przez całe osiem tygodni, był mega spokojny. Nie przypuszczaliśmy, że może nam tam coś grozić. Do tego prognoza pogody też nic nie zapowiadała. Morze jednak zaczęło alarmować o zmianie warunków już 24 godziny wcześniej. Przybrzeżna fala nocą stawała się lekko agresywna mimo nie przekraczającego w porywach 20 kn wiatru, w ciągu dnia krystaliczna i przejrzysta woda zrobiła się mętna. Wtedy jeszcze nie przyszło nam do głowy, że ta lekka zmiana warunków na wodzie może przynieść aż takie efekty.

Późnym wieczorem, kiedy po mału myśleliśmy o układaniu się do snu, wchodzące w zatokę martwe fale zaczęły rosnać w siłę i wprowadzać jacht w dość intensywne i nieprzyjemne kołysanie. Indra tańczyła na fali tak, że wszystkie niezabezpieczone rzeczy pod pokładem zmieniały miejsce, a książki spadały z półek. Łukasz wyszedł z propozycją, że wskoczy do wody i sprawdzi czy kotwica dobrze nas trzyma. Przeraził mnie ten pomysł, gdyż tyle co wróciłam z kokpitu i widziałam jakie morze stawało się wzburzone. Po chwili ostrej dyskusji na temat szalonego pomysłu, sytuacja na wodzie przybrała już taki obrót, że jedyne co mogliśmy w tym momencie zrobić to w sekundzie przygotować jacht do opuszczenia zatoki.
Natychmiastowa ewakuacja z Santa Cruz odbyłaby się gładko i bez większych emocji, gdyby nie pomoc, której udzieliliśmy zaprzyjaźnionemu właścicielowi domu przy plaży w Santa Cruz. Kiedy fala urosła na tyle, że trzymanie 10-cio metrowej motorówki na bojce cumowniczej groziło jej zerwaniem, Junie wypłynął Antonellą z zatoki na otwartą wodę, aby ratować ją przed zniszczeniem. Byliśmy w trakcie szykowania Indry do podniesienia kotwicy, kiedy usłyszeliśmy w radiu wołanie o pomoc. Cuma od mniejszej, 5-cio metrowej łodzi, którą Junie ciągnął za sobą, wkręcila się w śrubę i zadławiła silnik. Panicznie wołał o pomoc, bo znosiło go na skały. Po chwili zrzucił kotwicę na 30-tu metrach głębokości i próbował uwolnić cumę ze śruby. Jedyne co mógł zrobić w tych warunkach to odciąć linę i pozwolić mniejszej łódce odpłynąć na fali. Kiedy dotarliśmy do niego, silnik Antonelli znów pracował, ale ręczne wyciągnięcie kotwicy w takich warunkach nie było łatwe (Antonella nie jest wyposażona w windę kotwiczną). Poprosił nas o pomoc w uratowaniu łódki zanim rozbije się na skałach, a sam dalej walczył z kotwicą. Obie łódki są dla Juniego ogromnie ważne, gdyż pracują na jego utrzymanie. Codziennie wozi nimi turystów na różne wodne atrakcje po okolicy.
Łódka dryfowała nieopodal klifów. Podpłyneliśmy do niej i zaczęliśmy tworzyć plan najskuteczniejszego podejścia. Łódź wykonana jest z tworzywa sztucznego, dlatego też obawialiśmy się, że podchodzenie do niej za blisko, szczególnie przy tak rozszalałej fali, mogłoby uszkodzić kadłub Indry.
Morze było nie ugięte. Łukasz wskoczył do naszego pontonu, który zaknagowany był na rufie na 6-cio metrowej cumie, a ja ćwiczyłam „podchodzenie do tonącego”. W jednej ręce trzymałam szperacz, który nie spuszczał łódki z oka, drugą ręką sterowalam Indrą walcząc z silną falą. Zataczając i zacieśniając okrąg, po kilku rundach, znalaźliśmy się przy dryfującej łódce wystarczająco blisko, aby Łukasz mógł swobodnie do niej wskoczyć.
Cała przygoda z rozgniewanym morzem na tym się nie kończyła. Następnie przyszło nam odstawić wyratowaną łódkę na brzeg, gdyż Junie nadal walczył z podniesieniem kotwicy. Sprawdziliśmy czy ma wszystko pod kontrolą i ruszyliśmy w kierunku brzegu.
Fale w zatoce szalały jeszcze intensywniej. Oświetlony brzeg plaży zdradzał stan rozgniewania morza. Fale wyrzucały na brzeg pływające pomosty, ponton leżący na jednym z nich wirował w powietrzu, woda rozbryzgiwała się na klifach na wysokość pięciu metrów. Widok był naprawdę spektakularny, ale też mega przerażający.
Junie zaproponował, aby Łukasz podpłynął pod dom i poprosił jego żonę, aby odwiozła go na pokład Indry. Yuri widząc nadpływającego Łukasza wyszła przed dom i w tym momencie zobaczyła jak jedna z fal załamuje się na dziobie motorówki i wypełnia ją w połowie wodą. Była trochę przerażona koncepcją wciągnięcia jej do akcji. Łukasz również nie był przekonany co do słuszności pomysłu, więc sam wrócił na Indrę, by dodatkowo zabrać ze sobą na brzeg nasz ponton. Sprawne przekazanie pontonu nie było proste. Fale szarpały cumą pontonu i odknagowanie go sprawiało mi sporo bólu, do tego zaczęło mnie znosić na płyciznę. Byłam już na 2,3 metrach głębokości bardzo blisko skał (Indra ma 1,8 metra zanurzenia). W ostatniej sekundzie uwolniłam ponton i wypłynęłam z płytkiej wody.
Po dłuższej chwili dosłownego serfowania na załamującej się przybrzeżnej fali, Łukasz w końcu wprowadził bezpiecznie i w całości łódkę do laguny.
W tym czasie Juniemu udało się wyciągnąć kotwicę i zmierzał w kierunku brzegu. Antonella z gracją wpłynęła do laguny na jednym ślizgu i wylądowała dziobem na plaży. Junie przywiazał ją do pobliskiego drzewa z nadzieją, że do rana będzie tam bezpieczna.
Woda w lagunie okazala się być dość spokojna dzięki płyciznom, które tam są. Miejscami głębokość sięga zaledwie 30-tu centymetrów.
Łukasz, po zabezpieczeniu motorówki, ruszył pontonem w moim kierunku.
Czekałam na Niego w zatoce. Nie chciałam oddalać się za bardzo w morze, aby miał krótszą drogę powrotną. To jednak sprawiło, że przyszło mi zmagać się z olbrzymią falą, która podrywała dziób Indry wysoko nad wodę i z impetem na nią opadała. Moje emocje sięgały zenitu. Nie wiedziałam czy Łukasz jest bezpieczny, do tego zostałam zupełnie sama na pokładzie i byłam zdana tylko na siebie. Na całe szczęście wszystko przebiegło pomyślnie i już po chwili wspólnie opuściliśmy niebezpieczne wody zatoki.
O drugiej nad ranem, po trzech godzinach intensywnych wrażeń, skontaktowaliśmy się ze strażą graniczną w celu pozyskania aktualnej prognozy pogody. Zapowiadane wiatry nie miały przekraczać 17 kn, fala 1-go metra, tak więc postanowiliśmy od razu ruszyć w kierunku leżącej w południowej części wyspy laguny Spanish Water. Po kilku milach, w miejscu gdzie linia brzegowa zagina się z zachodniej na południowo-zachodnią, morze zaczęło się wypłaszczać.
Z Santa Cruz do Spanish Water jest zaledwie 26 mil, ale płyneliśmy pod wiatr, tak więc czekała nas długa przeprawa i wiele halsów. W sumie płynęliśmy 13-cie godzin.
Po dotarciu na miejsce, zjedzeniu ciepłego posiłku i ogarnięciu chaosu pod pokłądem udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Spanish Water jest bardzo zorganizowanym miejscem z wyznaczonymi sektorami, w których można kotwiczyć i zawsze wypakowane jest po brzegi jachtami. To jest zdecydowanie jego minusem, ale osłonięte jest od morza górami i sporym pasem lądu co sprawia, że jest najspokojniejszym kotwicowiskiem na wyspie i prawdopodobnie najlepszym miejscem na przeczekanie okresu huraganowego na Karaibach. Zwykle omijamy takie miejsca wielkim łukiem, gdyż wolimy być blisko natury wolnej od nakazów i tłoku. Tym razem jednak nie wyszło i wszystko wskazuje na to, że do grudnia przyjdzie nam tu pozostać.

Odcinek XXVI: Kotwiczymy kilka tygodni w Santa Crus na Curacao

Na Atlantyku rozpoczął się okres huraganowy, więc znajdujemy sobie bezpieczne miejsce na zahaczenie gniazdka na dłuższy czas. Przypadkiem lądujemy w sąsiedztwie kapitana Good Life. W ramach współpracy sąsiedzkiej udaje nam się wspólnie zamknąć nasze ważne projekty remontowo-konstrukcyjne. Ahoj!