Rejs z Las Perlas na Galapagos

Przed opuszczeniem Panamy zapłynęliśmy na jeden dzień na Isla Condadora, aby wyczyścić kadłub przed dalszą drogą. Długi postój w Colon i Panama City sprawił, że dno Indry nie wyglądało za dobrze.
Galapagos jest pełne wymogów. Jednym z nich jest posiadanie nienagannie czystego dna jachtu, aby nie w wozić obcego życia. Czytaliśmy na stronie Noonsite, że władze portu, przy pomocy nurków, egzaminują każdy wpływający jacht na ich wody. Poświęciliśmy zatem Indrze szczególną uwagę i mimo walki z silnym prądem tego dnia bardzo dokładnie przygotowaliśmy dno łódki na kolejny etap podróży.

Start nie był lekki. Przez pierwszą dobę wiało do 45kn, fale były krótkie i dość agresywne. Po 24 godzinach wiatr zaczął słabnąć, a po 5 dniach zgasł zupełnie. Ocean stał się spokojny i płaski jak jezioro. To był najpiękniejszy odcinek tego rejsu. Świat stanął, a otaczający nas spokój dogłębnie przenikał. Przesiedzieliśmy długie godziny w kokpicie upajając nasze zmysły widokami płaskiej wody, zniewalającym zachodem słońca i zmysłową kompilacją księżyca, silnie świecącej Wenus i Marsa. Noc natomiast odsłoniła niebo pełne gwiazd i krystaliczne odbicia gwiazdozbioru w lustrze wody. Tej nocy nie byliśmy sami. Wokół jachtu słychać było obecność delfinów.

Po upojnych doznaniach postanowiliśmy wrócić do rzeczywistości. Włączyliśmy silnik i ruszyliśmy w poszukiwaniu wiatru. Po 12 godzinach trafiliśmy ponownie w strefę słabych wiatrów. Do genuy dostawiliśmy genaker na ówcześnie skonstruowany ze spinaker bomu bukszptyk i posunęliśmy do celu. Koncepcja dostawienia 3 żagla okazała się być bardzo trafna. Mimo słabego wiatru – 5 węzłów udało nam się utrzymywać prędkość jachtu 3-4kn. No, z lekką pomocą przychylnego prądu :)

9 dnia rejsu, 22 lutego o godzinie 2:34 UTC, na długości 87 30.62W przcięliśmy po raz pierwszy równik.

Po 10 dniach dotarliśmy na Galapagos, a 11 na Isla Isabela.
Pierwszy etap Pacyfiku, 1,050Nm zaliczony! Rejs był bardzo przyjemny i obfity w świeżego tuńczyka.

Jack, wielkie dzięki za częste przesyłanie prognozy pogody i propozycje kursu.

DSC01457

DSC01461

DSC01556

DSC01541

DSC01544

DSC01614_1

DSC01739

DSC01673

DSC01688

DSC01720

 

Kanał Panamski

Po trzech egzotycznych tygodniach na Haiti ruszyliśmy w dalszą trasę. Zgodnie z planem w połowie stycznia opuściliśmy Ile-a-Vache, by po pięciu dniach zapłynąć do Colon w Panamie. Pierwszego lutego dołączył do nas Paweł, nasz bliski kumpel i anioł stróż od pierwszych dni naszego rejsu. Zawsze nad nami czuwał, wspierał dobrą i fachową żeglarską poradą oraz przesyłał świeże prognozy pogody, kiedy płynęliśmy przez Atlantyk.
Przekroczenie kanału Panamskiego zaplanowaliśmy na trzeciego lutego. Przeprawa była bardzo przyjemna i wbrew opinii znajomych, którzy przekraczali kanał w zeszłym roku, zupełnie pozbawiona stresu.

Przeprawę można załatwiać na dwa sposoby, samodzielnie lub przez agenta. Prowizja agenta to koszt rzędu 350 – 1,000 USD. W naszym przypadku oszczędzania kasy gdzie się tylko da, prowizja okazała się być dużo za duża, tak więc postanowiliśmy wszystkie formalności załatwić sami. I dobrze się stało, bo jak się okazało cały proces jest banalnie prosty i szybki do ogarnięcia.
W pierwszej kolejności należy wysłać e-mail pod adres [email protected]
z załączoną, wypełnioną formą 4405.

Następnie wyznaczona zostaje wizyta pracownika kanału, który pojawia się na jachcie i dokonuje dokładnych pomiarów. Pomiary odbywają się na kotwicowisku „The Flats” leżącym na południe od doków Cristobal lub w marinie Shelter Bay (koszt postoju za 37f wynosi 40 USD za noc). Pół godziny po wysłaniu formy można już zadzwonić do biura pomiarów pod nr telefonu +507 443 2293 (24/7, pracownicy biura mówią komunikatywnym angielskim), by sprawdzić czy wiadomość doszła i ustalić termin wizyty inspektora. Inspekcja naszego jachtu odbyła się już następnego poranka. Inspektor zmierzył całkowitą długość jachtu, sprawdzał knagi, pytał o maksymalną prędkość jachtu płynącego na silniku oraz obroty przy tej prędkości, spalanie paliwa oraz ilość posiadanego na pokładzie diesla. Ku naszemu zaskoczeniu pytał również o posiadanie zbiornika na nieczystości. Wypełnił kilka formularzy, na jednym z nich trzeba było podać dane swojego rachunku bankowego (BIC i IBAN). Preferowana prędkość jachtu w kanale to 8kn, wymagana minimalna 5kn. ACP nie dopuści jachtu do przeprawy, który nie jest w stanie osiągnąć takiej prędkości. Z inspektorem ustala się również formę przeprawy – przy ścianie, alongside przy holowniku i na środku śluzy pojedynczo lub powiązany w tratwie z innymi jachtami. Formę przeprawy można sobie wybrać. Ze względu na wiry w śluzie nie polecamy wybierania pierwszej formy.

Z dokumentami, które wręcza inspektor należy udać się do oddziału City Bank znajdującego się nieopodal bramy wjazdowej do portu Cristobal, aby zapłacić za przeprawę. Do banku nie zalecamy zabierania broni, gdyż ochrona bardzo dokładnie przeszukuje każdego interesanta ;)
Koszt przekroczenia kanału za jednostki do 50f LOA wynosi 1,875 USD z czego 800 USD to depozyt, który odzyskuje się w przeciągu kilku tygodni po przeprawie uszczuplony o 25 USD za transfer międzynarodowy. Całą kwotę trzeba wpłacić gotówką. Alternatywnie można, zgodnie z tym co pisze na swojej stronie ACP, przesłać pieniądze na ich konto po wcześniejszym telefonicznym sprawdzeniu numeru rachunku. Poznaliśmy jednak żeglarzy, których poinformowano, że transfer nie jest możliwy.
Już dwie godziny po uiszczeniu opłaty można dzwonić do biura pod nr +507 272 4202 celem ustalenia daty przeprawy. Można wybrać pierwszy wolny termin lub w razie potrzeby późniejszy.

ACP wymaga posiadania czterech lin długości co najmniej 38 metrów i grubości minimum 7/8”. Liny oraz odbijacze wynajmuje Tito nr +507 6463 5009. My za cztery liny zapłaciliśmy 60 USD, za odbijacze 3 USD od sztuki. Tito okazał się być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku, gdyż był również w stanie załatwić formalności związane z pozyskaniem wizy tranzytowej.
Wjazd do Panamy z zamiarem żeglowania po niej wymaga wykupienia pozwolenia (cruising permit) za 192 USD. Wizy dla żeglarzy kosztują 100 USD od osoby. Przy wizie tranzytowej pozwolenie nie jest wymagane, a łączny koszt odprawy wjazdowej i wyjazdowej spada do 150 – 200 USD. Aby pozyskać wizę tranzytową nie należy udawać się po przyjeździe do kapitanatu lecz zadzwonić do Tito.

Przeprawa podzielona jest na dwa dni. Startuje się z „The Flats” i pierwszego dnia pokonuje trzy śluzy wynoszące jednostkę na 27 metrów n.p.m. My ruszyliśmy około 17:00, na jezioro Gatun wypłynęliśmy z trzeciej śluzy o 21:00 i do 22:00 byliśmy już zacumowani z pozostałymi jachtami przy bojce. Poranne kąpiele w jeziorze nie są zalecane, gdyż żyją w nim krokodyle.

Następnego dnia z rana jest ciąg dalszy. Do pokonania są również trzy śluzy. Na pokładzie ma się doradcę. Wyszkolonego, pomocnego i mówiącego po angielsku pracownika kanału, który nadzoruje całą przeprawę. O doradcę należy dbać, trzeba go nakarmić i napoić. Doradca nie zostaje na pokładzie na noc. Schodzi na ląd, a następnego dnia przydzielony zostaje inny pracownik. Na pokładzie musi znajdować się pięć dorosłych osób, cztery do pracy przy linach i sternik. My, w Club Nautico, przy którym kotwiczyliśmy, poznaliśmy przemiłego Panamczyka kapitana Wilka, który wraz ze swoją znajomą wyraził chęć darmowej pomocy przy linach. Pomocy można szukać również wśród żeglarzy, którzy czekają na swój wielki dzień. W zamian za wyżywienie i opłacenie biletu powrotnego z Panama City do Colon (autobus około 4 USD) chętnie pomogą przy linach. Jest to świetna okazja na zdobycie doświadczenia przed swoją przeprawą.

panama blog 6

DCIM113GOPRO

panama przewodnik blog

panama załoga blog

Colon nie zależy do bezpiecznych miast. Bardzo łatwo można paść ofiarą ulicznego gangu i stracić życie podczas strzelaniny. Na ulicach rozstawiona jest straż miejska, która informuje turystów o niebezpieczeństwie panującym w niektórych dzielnicach i odradza spacerowania po mieście. Wszędzie należy przemieszczać się taksówką. Koszt przejazdów kształtuję się między 1-4 USD.

W oczekiwaniu na przyjazd Pawła i dzień naszej przeprawy, wybraliśmy się na rzekę Chagres.
Miejsce jest dziewicze i piękne w najdrobniejszym szczególe. Kotwiczy się w samym sercu dżungli, na wybranym odcinku na rzece. Postój był wyjątkowy i bardzo odmienny od tego co już wcześniej przeżyliśmy, a to głównie za sprawą tętniącej całą paletą barw i różnorodnością dźwięków dżungli. Codziennie rozpieszczani byliśmy zmysłowymi koncertami. O wczesnym poranku pierwsze skrzypce grały małpy i papugi przy akompaniamencie delikatnego szumu liści palm, po zachodzie słońca ptaki i cykady. Każdy poranny koncert wzbogacony był o zmysłową projekcję z udziałem dużych, chabrowych motyli. Przez cały koncert siedzieliśmy w kokpicie jak zahipnotyzowani, dogłębnie odprężeni i zrelaksowani. Nasze życie w tym miejscu nabrało innego znaczenia, podróż przybrała innych barw, a serca biły w tempie andante.

chagres river blog 2

chagres river blog

chagres river blog 3

chagres river blog 6

chagres river blog 4

chagres river 5

chagres river blog 1

Rejs z Curacao na Haiti

DCIM103GOPRO

Okres huraganowy dobiegł końca, więc przyszedł czas na nas, aby opuścić Curacao i ruszyć w dalszą drogę. Na Curacao spędziliśmy trzy miesiące. Wiele się działo przez ten czas. Było relaksacyjnie i ekscytująco, kiedy walczyliśmy z siłami natury, nie obeszło się również bez intensywnych prac nad jachtem. Tym razem silnik pokładowy domagał się troski i wnikliwej uwagi. Dziś, po wymianie większości uszczelek, alternatowa i wyczyszczeniu głowicy oraz zaworów jest już szczęśliwy i pracuje bez zarzutów.

Chwilę po opuszczeniu Santa Cruz udało nam się złowić cztery, sporej wielkości tuńczyki. Rozpieszczaliśmy podniebienia surową i bardzo delikatną rybką, jak i w różnych innych gotowanych kombinacjach przez cały rejs.
Po tak długiej przerwie w pływaniu bardzo silnie odczuwaliśmy dyskomfort z faktu niestabilnej podłogi. Nie służą nam tak długie postoje. Ciało i umysł totalnie odwykły od bujania. Pogoda zapowiadała 15-20 kn, wiało natomiast 20-30 kn, tak więc Indra sunęła do celu jak szalona.

Jacmel blogPo trzydniowym rejsie (400 Nm) dotarliśmy na Haiti. Zatrzymaliśmy się w Jacmel, malowniczym miasteczku liczącym 26,000 mieszkańców. Jacmel przeszło silne trzesienie ziemi i tsunami w 2010 roku. Ślady klęski żywiołowej wciąż są widoczne w postaci ruin falochronu i w naruszonych konstrukcjach budynków.
Haiti jest najsłabiej rozwinętym krajem na morzu karaibskim. Po wygranej wojnie z Francuzami o niepodległość w 1804 roku, Haitańczycy dopiero 50 lat temu spłacili swój dług Francuzom.
Bieda na wyspie sprawiła, że większość łodzi rybackich wciąż napędzana jest wiatrem. Żagle zrobione są głównie z worków lub starych prześcieradeł. Nie możemy oderwać oczu jak i obiektywów od rybaków na morzu. Mamy nadzieję, że tradycja łodzi rybackich przetrwa tu na wieki.

sloop blog

Sto procent Haitańczyków wyznaje wschodnio-afrykańską kulturę voodoo. Podczas wojny z wojskiem Napoleona Haitańczycy wykorzystywali voodoo do wzbudzenia stachu w przeciwniku. Jeden ze współczesnych lokalnych celebrytow ewangelistów twierdzi, że ostatnie trzęsienie ziemi zostało zesłane przez Boga za zawarcie paktu z diabłem długie lata temu, podczas wojny z Francuzami. Tubylcy mówią, że dziś voodoo wykorzystują jedynie w pacyfistycznych celach. Każdy w domu ma ołtarzyk i modli się do duchów voodoo o zdrowie i dobrobyt.

Dopływając do Jacmel mieliśmy nadzieję na zorganizowanie wigilii w gronie żeglarzy. Niestety poza naszą Indrą, nie ma tu żadnego innego jachtu. Wszystko wskazuje na to, że całe święta spędzimy sami, ale Nowy Rok już w większym i wyszukanym, bo rodzinnym gronie. Natalia z Kubą, zachwyceni ostatnią wizytą na Karaibach, ponownie do nas przylatują. Za parę dni odbieramy ich z lotniska w Port-au-Prince i ruszamy w kierunku Ile-a-Vache.

Siły natury

santa cruz curacaNasz postój w Santa Cruz, przez całe osiem tygodni, był mega spokojny. Nie przypuszczaliśmy, że może nam tam coś grozić. Do tego prognoza pogody też nic nie zapowiadała. Morze jednak zaczęło alarmować o zmianie warunków już 24 godziny wcześniej. Przybrzeżna fala nocą stawała się lekko agresywna mimo nie przekraczającego w porywach 20 kn wiatru, w ciągu dnia krystaliczna i przejrzysta woda zrobiła się mętna. Wtedy jeszcze nie przyszło nam do głowy, że ta lekka zmiana warunków na wodzie może przynieść aż takie efekty.

Późnym wieczorem, kiedy po mału myśleliśmy o układaniu się do snu, wchodzące w zatokę martwe fale zaczęły rosnać w siłę i wprowadzać jacht w dość intensywne i nieprzyjemne kołysanie. Indra tańczyła na fali tak, że wszystkie niezabezpieczone rzeczy pod pokładem zmieniały miejsce, a książki spadały z półek. Łukasz wyszedł z propozycją, że wskoczy do wody i sprawdzi czy kotwica dobrze nas trzyma. Przeraził mnie ten pomysł, gdyż tyle co wróciłam z kokpitu i widziałam jakie morze stawało się wzburzone. Po chwili ostrej dyskusji na temat szalonego pomysłu, sytuacja na wodzie przybrała już taki obrót, że jedyne co mogliśmy w tym momencie zrobić to w sekundzie przygotować jacht do opuszczenia zatoki.
Natychmiastowa ewakuacja z Santa Cruz odbyłaby się gładko i bez większych emocji, gdyby nie pomoc, której udzieliliśmy zaprzyjaźnionemu właścicielowi domu przy plaży w Santa Cruz. Kiedy fala urosła na tyle, że trzymanie 10-cio metrowej motorówki na bojce cumowniczej groziło jej zerwaniem, Junie wypłynął Antonellą z zatoki na otwartą wodę, aby ratować ją przed zniszczeniem. Byliśmy w trakcie szykowania Indry do podniesienia kotwicy, kiedy usłyszeliśmy w radiu wołanie o pomoc. Cuma od mniejszej, 5-cio metrowej łodzi, którą Junie ciągnął za sobą, wkręcila się w śrubę i zadławiła silnik. Panicznie wołał o pomoc, bo znosiło go na skały. Po chwili zrzucił kotwicę na 30-tu metrach głębokości i próbował uwolnić cumę ze śruby. Jedyne co mógł zrobić w tych warunkach to odciąć linę i pozwolić mniejszej łódce odpłynąć na fali. Kiedy dotarliśmy do niego, silnik Antonelli znów pracował, ale ręczne wyciągnięcie kotwicy w takich warunkach nie było łatwe (Antonella nie jest wyposażona w windę kotwiczną). Poprosił nas o pomoc w uratowaniu łódki zanim rozbije się na skałach, a sam dalej walczył z kotwicą. Obie łódki są dla Juniego ogromnie ważne, gdyż pracują na jego utrzymanie. Codziennie wozi nimi turystów na różne wodne atrakcje po okolicy.
Łódka dryfowała nieopodal klifów. Podpłyneliśmy do niej i zaczęliśmy tworzyć plan najskuteczniejszego podejścia. Łódź wykonana jest z tworzywa sztucznego, dlatego też obawialiśmy się, że podchodzenie do niej za blisko, szczególnie przy tak rozszalałej fali, mogłoby uszkodzić kadłub Indry.
Morze było nie ugięte. Łukasz wskoczył do naszego pontonu, który zaknagowany był na rufie na 6-cio metrowej cumie, a ja ćwiczyłam „podchodzenie do tonącego”. W jednej ręce trzymałam szperacz, który nie spuszczał łódki z oka, drugą ręką sterowalam Indrą walcząc z silną falą. Zataczając i zacieśniając okrąg, po kilku rundach, znalaźliśmy się przy dryfującej łódce wystarczająco blisko, aby Łukasz mógł swobodnie do niej wskoczyć.
Cała przygoda z rozgniewanym morzem na tym się nie kończyła. Następnie przyszło nam odstawić wyratowaną łódkę na brzeg, gdyż Junie nadal walczył z podniesieniem kotwicy. Sprawdziliśmy czy ma wszystko pod kontrolą i ruszyliśmy w kierunku brzegu.
Fale w zatoce szalały jeszcze intensywniej. Oświetlony brzeg plaży zdradzał stan rozgniewania morza. Fale wyrzucały na brzeg pływające pomosty, ponton leżący na jednym z nich wirował w powietrzu, woda rozbryzgiwała się na klifach na wysokość pięciu metrów. Widok był naprawdę spektakularny, ale też mega przerażający.
Junie zaproponował, aby Łukasz podpłynął pod dom i poprosił jego żonę, aby odwiozła go na pokład Indry. Yuri widząc nadpływającego Łukasza wyszła przed dom i w tym momencie zobaczyła jak jedna z fal załamuje się na dziobie motorówki i wypełnia ją w połowie wodą. Była trochę przerażona koncepcją wciągnięcia jej do akcji. Łukasz również nie był przekonany co do słuszności pomysłu, więc sam wrócił na Indrę, by dodatkowo zabrać ze sobą na brzeg nasz ponton. Sprawne przekazanie pontonu nie było proste. Fale szarpały cumą pontonu i odknagowanie go sprawiało mi sporo bólu, do tego zaczęło mnie znosić na płyciznę. Byłam już na 2,3 metrach głębokości bardzo blisko skał (Indra ma 1,8 metra zanurzenia). W ostatniej sekundzie uwolniłam ponton i wypłynęłam z płytkiej wody.
Po dłuższej chwili dosłownego serfowania na załamującej się przybrzeżnej fali, Łukasz w końcu wprowadził bezpiecznie i w całości łódkę do laguny.
W tym czasie Juniemu udało się wyciągnąć kotwicę i zmierzał w kierunku brzegu. Antonella z gracją wpłynęła do laguny na jednym ślizgu i wylądowała dziobem na plaży. Junie przywiazał ją do pobliskiego drzewa z nadzieją, że do rana będzie tam bezpieczna.
Woda w lagunie okazala się być dość spokojna dzięki płyciznom, które tam są. Miejscami głębokość sięga zaledwie 30-tu centymetrów.
Łukasz, po zabezpieczeniu motorówki, ruszył pontonem w moim kierunku.
Czekałam na Niego w zatoce. Nie chciałam oddalać się za bardzo w morze, aby miał krótszą drogę powrotną. To jednak sprawiło, że przyszło mi zmagać się z olbrzymią falą, która podrywała dziób Indry wysoko nad wodę i z impetem na nią opadała. Moje emocje sięgały zenitu. Nie wiedziałam czy Łukasz jest bezpieczny, do tego zostałam zupełnie sama na pokładzie i byłam zdana tylko na siebie. Na całe szczęście wszystko przebiegło pomyślnie i już po chwili wspólnie opuściliśmy niebezpieczne wody zatoki.
O drugiej nad ranem, po trzech godzinach intensywnych wrażeń, skontaktowaliśmy się ze strażą graniczną w celu pozyskania aktualnej prognozy pogody. Zapowiadane wiatry nie miały przekraczać 17 kn, fala 1-go metra, tak więc postanowiliśmy od razu ruszyć w kierunku leżącej w południowej części wyspy laguny Spanish Water. Po kilku milach, w miejscu gdzie linia brzegowa zagina się z zachodniej na południowo-zachodnią, morze zaczęło się wypłaszczać.
Z Santa Cruz do Spanish Water jest zaledwie 26 mil, ale płyneliśmy pod wiatr, tak więc czekała nas długa przeprawa i wiele halsów. W sumie płynęliśmy 13-cie godzin.
Po dotarciu na miejsce, zjedzeniu ciepłego posiłku i ogarnięciu chaosu pod pokłądem udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Spanish Water jest bardzo zorganizowanym miejscem z wyznaczonymi sektorami, w których można kotwiczyć i zawsze wypakowane jest po brzegi jachtami. To jest zdecydowanie jego minusem, ale osłonięte jest od morza górami i sporym pasem lądu co sprawia, że jest najspokojniejszym kotwicowiskiem na wyspie i prawdopodobnie najlepszym miejscem na przeczekanie okresu huraganowego na Karaibach. Zwykle omijamy takie miejsca wielkim łukiem, gdyż wolimy być blisko natury wolnej od nakazów i tłoku. Tym razem jednak nie wyszło i wszystko wskazuje na to, że do grudnia przyjdzie nam tu pozostać.

Mushroom Forest – Curacao

Od ponad miesiąca zakotwiczeni jesteśmy w zatoczce Santa Cruz, które okazuje się być idealnym miejscem na dłuższy postój. Przez większość czasu całą zatokę mamy tylko dla siebie. Rzadko kiedy jakiś jacht zapłynie w te strony, a jak zawita to przeważnie tylko na jedną noc. Zaprzyjaźniliśmy się z sympatyczną rodziną, która mieszka przy plaży i na terenie swojej posiadłości prowadzi restaurację oraz małe centrum sportu wodnego. Czasami rozpieszczą nas pysznym obiadem, czasami świeżo złowionym tuńczykiem, a raz w tygodniu zabierają ze sobą do supermarketu, co jest dla nas dużą pomocą, gdyż w obrębie 15 kilometrów nie ma żadnego, większego sklepu.

Santa Cruz i jej okolice, poza rajskim, dziewiczym klimatem, kryją w sobie sporo ciekawych, podwodnych perełek. Każdego dnia odkrywamy coś nowego. Ostatnio mieliśmy okazję eksplorować Mushroom Forest (las grzybów), który jest ponoć najciekawszą i najczęściej odwiedzaną podwodną atrakcją na Curacao. Nazwa pochodzi od uformowanego wertykalnie, w kształt grzybów, gwieździstego korala. Tak ukształtowany koral znajduje się na głębokości od 10 do 20 metrów. Przejrzystość wody sięga tu 35 metrów, tak więc miejsce przyciąga również osoby nurkujące tylko z maską i rurką. Można tu spotkać sporo ciekawych gatunków ryb i korala. Klimat tego miejsca jest niesamowity, wciąga i przenosi w baśniowy klimat

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO

Rekin wąsaty, spiący pod jednym z koralowych grzybów. 

nurse shark3blog

Mieliśmy wielkie szczęście zobaczyć rzadkie zjawisko, które trwa od późnego popołudnia do rana jedynie dwa dni w roku. Ten widok przypominający dymiący komin to gąbka wypuszczająca spermę, która unosi się niczym gęsta mgła do metra ponad dnem. Sperma trafiając na gąbkę tego samego gatunku zapładnia znajdujące się w niej jajeczka.

smokie22psblog

smokie10psblog

smokie6

Bogactwo korali, w sumie 57 gatunków, Curacao zawdzięcza specyficznemu kształtowi dna i typowi skały, który tworzy wyspę, jak również temperaturze wód 22 – 27 stopni Celsjusza na głębokości do 20 metrów, wysokiej i stałej zawartość soli i krystalicznej wodzie, która pozwala dużej ilości światła przedostać się na większe głębokości.

Nie tylko życie podwodne w tej części wyspy jest tak ciekawe, uwagę przyciągają również oryginalne klify. Wyspa utworzona została 87 milionów lat temu podczas dramatycznej erupcji wulkanu w okolicach Galapagos. Z upływem lat, kiedy płyty tektoniczne ziemi zaczęły się przesuwać i tworzyły się kontynenty, Curacao przemieszczone zostało w obecną część morza Karaibskiego. Ruch płyt powodował wypychanie morskiego dna i w wyniku kompresji miliardów szkieletów podwodnych stworzeń, zaczęły tworzyć się potężne fałdy skalne. Dziś przepiękne ornamenty z olbrzymich, skamieniałych korali urokliwie przyozdabiają brzeg wyspy.

DSC00246j

DSC00248blog

DSC00239blog2

DSC00260blog